wtorek, 7 marca 2017

XVII

Do Wigilii zostało niespełna tydzień. Postanowiliśmy ją zorganizować w naszym żorskim domku. Zaproszeni zostali Zbyszka rodzice i siostra oraz nasi kochani staruszkowie. Melka obiecała, że dołączy do nas w Boże Narodzenie, gdyż wigilię chce spędzić ze swoją rodzinką. A co się zmieniło u mnie? Przytyłam już kilogram i codziennie kłócę się ze Zbyszkiem. Jak zwykle o pierdoły. A to nie zjadłam śniadania, a to ubrałam złe buty, albo poszłam za późno spać. Jak Zbyszka kocham, jeszcze kilka dni i wyprowadzę się do końca ciąży. A propos ciąży, na razie nikt oprócz naszej czwórki oraz drużyny JW nie wie, że spodziewamy się dziecka. Dlatego też chodzę zdenerwowana, ponieważ w wigilię mamy o tym powiedzieć naszym rodzicom. Trochę boję się ich reakcji, ale mimo wszystko, wiem, że ta kruszynka to najlepsze co nam się mogło przytrafić.

Budzik zadzwonił o godzinie siódmej. Delikatnie zrzuciłam ze swojego ciała łapę Zbyszka i wyszłam z cieplutkiego łóżka. Od razu założyłam ciepłe skarpetki na bose stopy. Mimo, że jestem w ciąży, to nie zaprzestałam swojego porannego joggingu. Po ubraniu się dość ciepło, ale i wygodnie wyszłam na przebieżkę do parku. Jak zwykle spotkałam znajome twarze osób, które biegały tymi samymi ścieżkami. Po ponad godzinie wracając do domu wstąpiłam do sklepu po świeże pieczywo. Wchodząc do domu usłyszałam krzątanie się w kuchni.
-Cześć Miśku. Masz świeże bułeczki – przywitałam się z bratem buziakiem a on zadowolony niemal wyrwał mi reklamówkę z ręki.
-Czy to przekupstwo za to, że Zbyszek nic nie wie o Twoim bieganiu? – wyszczerzył się.
-Zamknij tą swoją dzikowatą mordkę z łaski swojej – wystawiłam mu język i uciekłam pod prysznic. Po przebraniu się w normalne ciuchy zajrzałam do sypialni Zbyszka. Jak zwykle spał rozwalony na całym łóżku. Złapałam go za wystającą stopę i zaczęłam łaskotać. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Już po chwili podskoczył na łóżku a zaraz po tym wylądował na podłodze. Wybuchłam niepohamowanym śmiechem.
-No komiczne Lilka, kurwa komiczne. – jęczał rozmasowując sobie tyłek.
-Och wybacz Zbysiu, nie chciałam – puściłam mu buziaczka.
-Ta na pewno, zaraz się policzymy – wstał i podszedł do mnie.
-Kobietę w ciąży chcesz bić?! – wyszczerzyłam się.
-Kurwa, no to mnie zagięłaś. – dał mi buziaka w czoło i przytulił. – lece pod prysznic. Zrób mi śniadanko.
-Chyba śnisz Bartman – pokazałam mu środkowego palca i uciekłam na dół. Weszłam do kuchni, gdzie urzędował Michał i Mela.
-Halo, nie miziać mi się tutaj – wystawiłam język i zabrałam się za jedzenie kanapek przygotowanych przez mojego brata. Po chwili dołączył do nas Zbyszek. Po szybkim śniadaniu zebraliśmy się na trening. Jak zwykle musiałam pokłócić się ze Zbyszkiem o mój strój, co było już dla nas normalką. Michał z Melą już nawet nie reagowali. Zła jak osa wyszłam z domu i wsiadłam do swojego samochodu i nie czekając na chłopaków odjechałam w kierunku hali. A co, nie będą mnie denerwować, w ciąży w końcu jestem. W trakcie treningu nie schodziłam na halę bo miałam dużo papierkowej roboty. O dziwo, nic dzisiaj nikomu nie dolegało, bo mój spokój nie został naruszony przez żadnego z zawodników. Zadowolona przygotowałam rozpiskę przed ostatnim w tym roku meczem i mogłam się zbierać do domu. Chłopcy grają za dwa dni a później mamy wolne aż do 28 grudnia. W planach mam skoczyć na zakupy. Zarówno spożywcze, jak i te z prezentami. W końcu święta zbliżają się nieubłagalnie. Wychodząc z hali natknęłam się na mojego głupiego chłopaka. Stał z ogromnym bukietem moich ulubionych, czerwonych róż. Podeszłam do niego i popatrzyłam jak na głupka.
-Co Michałek Cię nie wziął do domku? – uśmiechnęłam się.
-Tak, i liczę na podwózkę przez moją wspaniałą kobietę. – dał mi buziaka i wręczył kwiaty.
-Yhh, jesteś debilem Bartman. – włożyłam nos w kwiaty i zachwycałam się ich zapachem. Z może by go tak ukarać? Hmmm? – Nie mamy dziś drugiego treningu prawda? – upewniłam się.
-Nie no, trenerowi coś tam wypadło. A co, masz ochotę na małe co nieco? – zapytał wyszczerzony Zbyszek.
-Jakie małe. Ogromne co nieco. – zaśmiałam się – wskakuj do auta kochanie. – wyszczerzyłam się i położyłam kwiaty oraz torebkę na tylnym siedzeniu. Szybko wyjechałam spod hali i kierowałam się w stronę Katowic.
-Katowice? Po co tam jedziemy? – zapytał zdezorientowany Zbyszek.
-Jak to po co? – pisnęłam uradowana – na zakupki. – Wyszczerzyłam się.
-O ja pierdole – jęknął Bartman – mogłem Ci te kwiatki w domu dać. – wybuchłam śmiechem widząc minę Zbyszka.


Dwie godziny na dziale spożywczym nie były jeszcze takie złe. Dopiero później zaczęłam zakupowe szaleństwo. Zarówno z mojej jak i Zbyszka karty ubyło sporo pieniędzy. Zbyszek jak na wzorowego tatusia przystało, chciał już kupować ubranka dla dziecka, ale ostudziłam jego zapał. Nie wiemy nawet czy to chłopiec, czy dziewczynka. Kupiliśmy prezenty dla naszych najbliższych. Zostało mi kupić prezent dla Zbyszka, ale postanowiłam zostawić to na inny dzień. Szliśmy uśmiechnięci za rękę jedząc pyszne lody. Nagle ktoś wpadł na Zbyszka.
-Kurwa, patrz jak chodzisz – syknął mój chłopak.
-I’m sorry, it was my fault – odpowiedział mu mężczyzna a mi niemalże serce stanęło. Ten głos, ta postura. Zmienił tylko fryzurę. Spojrzałam mu w oczy i od razu wróciły wspomnienia. To był on. Moja największa porażka i najstraszniejsza przeszłość. Thomas…
-Okay, no problem. – odpowiedział mój chłopak. Mężczyzna już zniknął a ja dalej nie mogłam dojść do siebie. – Skarbie coś się stało?
-Nie, ale chodźmy już do domu, źle się czuję – skłamałam i dałam mu kluczyki od swojego samochodu. Po jakimś czasie byliśmy już w domu. Zbyszek kazał mi się iść od razu położyć. Weszłam do domu i z trudem ściągnęłam kurtkę i buty. Weszłam po schodach na górę, gdzie spotkałam Melkę.

-On tu jest, widziałam go – wtuliłam się w przyjaciółkę i zaczęłam płakać.



~*~

przepraszam, że tak długo, obiecuję poprawę :(